{Mapa forum}Mapa forum  FAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj


Poprzedni temat :: Następny temat
Salon Bractwa
Autor Wiadomość

Jane 

#TeamIronAmerica




Imię i nazwisko: Jane Weller
Data urodzenia/Wiek: 14.07.1988, 25 lat
Zdolności: Przejmowanie mocy przez krew, manipulacja molekularna, telekineza
GXRA 2017
Dołączyła: 13 Lip 2007
Posty: 9810
Wysłany: Sob 18 Sie, 2012 20:21   Salon Bractwa

Okrągłe pomieszczenie z radiem, telewizją, stolikiem do szachów. Ściany są szare, na podłodze znajduje się miękki, czarny dywan zawsze porządnie wyczyszczony, a na nim stoją dwie sofy oraz kilka foteli. Tutaj także nie ma ani jednego okna, z centrum sufitu zwisa duży żyrandol dający sporo światła. W ścianach pomieszczenia znajdują się wgłębienia służące za ławki.




  
 
 
 

Mistrz Gry

Zło Wcielone




GXRA 2017
Dołączył: 24 Maj 2011
Posty: 1246
Wysłany: Pią 24 Sty, 2014 09:18   

Od przedstawionych tutaj wydarzeń minęło pięć miesięcy. W ciągu tego czasu wiele się zmieniło. Stare rany uległy zabliźnieniu, niewykluczone, że komuś zostały zadane nowe. Wszystko zaczyna się raz jeszcze...

Gracze są proszeni o zapoznanie się z TYM tematem.



Prywatne wiadomości prosimy przesyłać na konta konkretnych MG, których spis znajduje się tutaj.

 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Wto 19 Sty, 2016 20:12   

/z wejście.

Nigdy nie miał okazji tego zrobić. Nie ważne jak bardzo tego pragnął, to było rozwiązanie, które czyniło zarówno jego jak i Magneto bezpiecznymi. Nikt wcześniej nie musiał wiedzieć o jego istnieniu. Mutanci nie musieli przecież poznać prawdziwego odzwierciedlenia rutyny.
Nie był pewny, czy ktokolwiek znajduje się na terenie kompleksu. Nie ważne jaka była odpowiedz, zachował się dosyć prostacko. Wszedł nie mówiąc o tym nikomu, ale nie czuł takiej potrzeby. Najwyżej będzie to miało dla niego przykre konsekwencje.
Usiadł na jednej z wyrzezbionych w skale ławek, lustrując pomieszczenie wzrokiem. Mimo że nigdy tutaj nie był, znał doskonale każdy skrawek tego miejsca. Właśnie to było smutnym aspektem jego mocy. Nie mógł pokusić się na odkrywanie. Wiele miejsc widział, zanim zdążył do nich przybyć.
Ubrany był w czarny, prosty t-shirt, podchodzące pod kolor szary, przetarte jeansy i czerwone trampki, które dodawały choć trochę koloru do jego osoby. Na ramiona zarzuconą miał prostą, granatową marynarkę mającą chronić od mocniejszych powiewów wiatru.
- Naprawdę to robię? - spytał, spoglądając na papugę siedzącą na stoliku do szachów. Ta tylko przekręciła główkę, jak by nie wiedząc co ma odpowiedzieć. Rozumiała i umiała się komunikować, ale nie szczególnie lubiła zdania wyrwane z kontekstu.
Założył nogę na nogę i zaczął myśleć nad swoją obecnością. Czy dobrze zrobił, przerywając rutynę? Wychodząc z ukrycia? Ale przecież obiecał Magneto, że wróci, gdy tylko osiągnie maksimum. Ale czy na pewno robił to dla niego, a nie Wandy?
 
 

Sabretooth
[Usunięty]



Wysłany: Wto 19 Sty, 2016 20:58   

Był ranek. Przynajmniej dla Creeda. A może wieczór? Nie wiadomo, wszystkie dni zlewały się w jedno wypełnione bezczynnością, której nienawidził. Victor był łowcą, nie lubił przebywać w jednym miejscu dłużej niż musiał. Chciał być wolny, nieustannie się przemieszczać, polować, zabijać. A od dłuższego czasu siedział w centrum Bractwa, z braku konkretniejszych zadań do wykonania.
Zbudził go jednak hałas. Delikatny, cichy, dla zwykłego człowieka nie wyławialny jednak w uszach Sabretootha był niczym dzwon. Obudził go Asmodeus gdy przekroczył próg Bractwa, choć nie wiedział kto to.
Creed leżał na swoim łóżku, gdy dobiegło go ostrzeżenie. Momentalnie otworzył oczy i pociągnął nosem łowiąc zapach. I to właśnie nos go zdezorientował. Ta woń znajdowała się na terenie Bractwa odkąd pamiętał, jednak zawsze byłą niewyraźna, zatarta, niepowiązana z przedmiotem bądź osobą.
Na początku frustrowało to Creeda, że nie wiedział co było źródłem tego zapachu, nie lubił gdy nie potrafił rozgryźć jakiejś zagadki. Jednak z czasem zbagatelizował ten bodziec, odepchnął go od siebie, ułożył gdzieś w tle i nauczył ignorować.
Jednak teraz ten zapach wrócił. Tylko tym razem był wyraźniejszy. Tym razem Victor mógł go opisać. Creed czuł... wiek. Mnogość różnych zapachów, tak wyblakłych że niemal niewyczuwalnych, nawet dla nosa Victora. Jednak każda nuta różniła się od drugiej, a to mogło oznaczać tylko długie życie. Victor sam czuł ten zapach codziennie. Jednak tutaj tych warstw nałożonych na siebie było znacznie więcej. Czuł też zimno, które brało się ze świeżości. Jak zapach noworodka, którego żadna komórka ciała nie była niczym skalana. Jak krew z odciętej pępowiny, niczym niezmącona. Kłóciło to się z pierwszą rzeczą, którą rozpoznał.
Sabretooth podniósł się z łóżka. Założył biały tank-top, spodenki koszykarskie w barwach Knicksów a stopy wsunął w klapki.
Wychodząc z pokoju poczuł coś nowego. Coś co czuł często. Pot. Intruz się stresował. Lekko. Czyli nie czuł strachu, tylko niepewność. Ale bicie serca było miarowe. Spokojne. Odgłosy kroków również. Jakby mężczyzna (ciężar z jakim stopy opadały na ziemię wskazywał na płeć męską... albo naprawdę grubą babę) wiedział gdzie idzie.
Creed kciukiem strzepnął kapsel z piwa, które magicznie pojawiło się w jego dłoni. Już nawet nie rejestrował gdy mijał swoją prywatną lodówkę.
Sabre pociągnął łyk, po czym ruszył w kierunku źródła zapachu, które dobiegało z salonu. Po chwili stanął w progu, wpatrując się w sylwetkę siedzącą na pobliskiej ławce.
Przez dłuższą chwilę Creed się nie odzywał, utrzymując kontakt wzrokowy z nieznajomym, nasłuchując rytmu jego serca, które mogłoby mu podpowiedzieć czy mężczyzna go zaatakuje.
- Ktoś Ty? - zapytał chrapliwie, bez ogródek.
 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Wto 19 Sty, 2016 21:19   

Gdy tylko echo przyniosło mu odgłos dudniących klapek Asmodeusz poczuł nieprzyjemny dreszcz, przeszywający ciało od stóp do głów. Pomimo spokoju, jego reakcja była niesamowicie naturalna. Pomimo tego, że mógł określić to miejsce jako swój dom, czuł się jak intruz. Nie zwiedzał, nie miał okazji tego wszystkiego poznać. Nie tak werbalnie. Był jak dziecko, które znalazło się w lunaparku po zobaczeniu ulotki reklamowej dwa tygodnie wcześniej. Chyba lepiej że trafił akurat na niego, inni nie odczuwali jego obecności wcale. Nie to co Creed.
Nie wiedział nic o zapachach jakie emituje, a tym bardziej jak dużo może zdradzać taki czynnik. Jedyna czynność jaka przyszła mu na myśl, to wysłać swoje oko do każdego z znanych mu członków czasu, za pózno. Sabre stał już w progu drzwi. Wzdrygnął się na widok wielkoluda. Sam nie wiedział czy z rodzonego strachu przed drapieżnikami, który towarzyszył ludziom od wieków, czy raczej z zdziwienia. Nie mniej jednak, zrobił tak jak każdy. Zdziwił się bądz wystraszył.
Biała papuga wzleciała na żyrandol, ukrywając się od spojrzenia. Zupełnie tak, jak robią to one w naturze, pomiędzy liśćmi. Szorstki głos mężczyzny dotarł do uszu niebieskookiego.
- Asmodeusz du Paris. - odpowiedział bez wahania, wstając jednocześnie z ławki. Kultura nie wskazywała siedzieć, gdy drugi rozmówca stoi. Pochylił się jak by w geście przywitania. Wolał nie iść z wyciągniętą ręką do jego postaci. Jeśli nie myliła go pamięć, był to jeden z tych jakże agresywnych łowców. Dlatego wolał sobie najprawdopodobniej oszczędzić. Tak dla zwykłej pewności.
- O ile się nie mylę, Ciebie nazywają Viktor, tak? - spytał, kiedy zdążył się już wyprostować. Twarz była znajoma. Zderzał się z odczuciem jak by widział go już kilkaset razy, przewijającego się gdzieś w wizjach. Nie był jednak pewien. Po tych wszystkich latach i zobaczonych twarzach nigdy nie mógł być pewien. Czasami mu się myliło, czasami jakiś fragment mu umknął.
 
 

Sabretooth
[Usunięty]



Wysłany: Wto 19 Sty, 2016 21:51   

Serce owszem, zabiło szybciej. Ale nie zadudniło, pompując więcej krwi do mięśni które zaraz miały pójść w ruch. Bardziej... załomotało, niezykle szybko i płochliwie, jakby chciało się wyrwać i uciec w obłokach kurzu.
Mężczyzna się go bał. Tak samo jak boi się łania, uciekająca przed wilkiem który zaraz wgryzie się w jej szyję. Na samą myśl wbicia zębów w żywe mięso, Sabre bezwiednie je obnażył, przesuwając językiem po nienaturalnie długich kłach. Czyżby właśnie znalazł w salonie swoje śniadanie?
Co jak co, ale przystawka skryła się z łopotem skrzydeł na żyrandolu. Nie zmąciło to jednak kontaktu wzrokowego między Victorem a nieznajomym. Sabre obserwował go czarnymi oczami, gdy ten wstał z siedziska. Nie zerwał się jednak z pozycji siedzącej, zrobił to płynnie. Wyraźnie intruz potrafił zachować zimną krew, nie pokazując jednocześnie jak szybko krążyła mu w żyłach.
A więc mężczyzna był opanowany. Był też tylko lekko przestraszony, nie przerażony. Czuł się więc niepewnie, ale również bezpiecznie z jakiegoś powodu. Dlaczego? Bo znał to miejsce? Potwierdzałoby to spokój jego kroków. Jego zapach unoszący się w tych murach od dawna również by to potwierdzał.
Tylko jeżeli ten mężczyzna czuł się tutaj relatywnie jak w domu, to dlaczego inni domownicy go nie znali? Coś tu nie pasowało. Może intruz będzie tylko posiłkiem dla umysłu a nie dla żołądka?
Nazwisko nieznajomego nic mu nie mówiło. Bo i dlaczego miałoby? I tak miał wystarczająco dużo dziur w pamięci.
Z gardła Creeda dobiegł cichy pomruk, sygnalizujący niezadowolenie.
- Nie o to pytam. - zagadkowo odparł po chwili Victor, kompletnie ignorując przejawy kultury osobistej ze strony swojego rozmówcy. Jeżeli słowa miałyby zdezorientować Asmodeusa, to po chwili zdałby sobie sprawę o co mu chodzi. Victor nie pytał go o imię, on się go pytał kim jest i co tu robi.
Sabre zaczął powoli wchodzić do pokoju, jednak nie skracając dystansu do mężczyzny. Zupełnie jak kot, obchodzący dookoła swoją zwierzynę.
Nie podobało mu się, że mężczyzna znał jego imię. A jeszcze bardziej nie podobał mu się ten fakt, bo on do niedawna nie znał jego. Poczuł się obserwowany, badany. Zupełnie jak podczas Weapon X.
- Skąd znasz moje imię? - odparł pytaniem na pytanie. Prawdopodobnie gdyby nie fakt, że Creed skojarzył jego zapach, Asmodeus leżałby właśnie na półmisku pomiędzy sztućcami. Z tym że talerzem byłaby podłoga a widelcem, a szczególnie nożem szpony Victora. Jak każdy drapieżnik, tak samo Sabre nie lubił intruzów w swoim leżu.
 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Wto 19 Sty, 2016 22:21   

Obserwator nie czuł by się tak pewnie, gdyby nie był świadom jakiejkolwiek szansy na ucieczkę. Tak, na ucieczkę. Nie przywykł do żadnej z metod otwartej walki. Był wartościowym członkiem bractwa, ale nie był wojownikiem. Wytrenowane ciało ledwo starczało na niezaawansowane uniki. Ale czy to było by wystarczające względem takiego bydlaka?
Z sekundy na sekundę uspokajał się. Jak by oswajał z faktem, że nie jest już tutaj sam. Jeśli z takimi ,,obiadami" było jak z winem, Asmo rzeczywiście mógł stanowić bardzo smakowity kąsek dla podniebienia.
Wdech i wydech. Cyrkulacja powietrza w jego organizmie unormowała się. Oddech nie drżał już czasami, swawolnie, według własnego widzi mi się. Mimo że Victor trzymał dystans, długowieczny ruszył w jego kierunku, jak przez chwilę mogło się wydawać. Przystanął przy żyrandolu i podniósł rękę do góry, czekając na papugę, która z niechęcią skoczyła na jego długie palce.
Swój sposób ubezpieczenia. Nie zostawił by przecież przyjaciela na pastwę kota. A gdyby zatrzymał czas bez dotykającego go ptaka, już nic nie mógł by zrobić. Nie da się tworzyć aż takich anomalii. Przynajmniej nie w jego przypadku.
Było widać między nimi swoistą więz. Byli przyjaciółmi i to od dawna. Sam sposób, jak rzetelnie zaczął głaskać towarzysza by go uspokoić dużo sugerował. Nie zrywał jednak kontaktu wzrokowego z myśliwym.
- Nie o to? - powtórzył. - Ahh. - westchnął, tak jak by właśnie zrozumiał. - Obserwator, inwigilator, długoletni członek bractwa - powiedział. - O to Ci chodziło? - spytał wreszcie. Oczka pierścieni odbijały światło, mieniąc się niczym tęcza. Mogło to być irytujące, w szczególności kiedy Asmo stał pod samym żyrandolem.
- Nie sądzisz że mogłeś trafniej sformułować pytanie, przyjacielu? - spokojnie, ale dynamicznie odparł by Creed nie musiał czekać wieki na odpowiedz. - Nie uważasz że powinieneś spytać po co je znam, bądz dlaczego? - uśmiechnął się. Rozmowa od jakiegoś czasu przynosiła mu radość. Nie ważne z kim rozmawiał. Tak długi czas samotności zostawił na nim swoje piętno. Nie ukrywajmy że ciężko być pozytywnym i samotnym zarazem.
 
 

Sabretooth
[Usunięty]



Wysłany: Czw 21 Sty, 2016 20:35   

Sabre obserwował ze spokojem, acz lekkim zdumieniem jak czynności życiowe Asmodeusza się normują - oddech nabiera głębi, krew spowalnia bieg a serce uspokaja się. Mężczyzna niewątpliwie potrafił zapanować nad własnym ciałem, ale to nie było już istotne. Mleko się wylało. Może i Creed nie miał już namacalnych (dla siebie) dowodów na to, że mężczyzna czuje się zagrożony ale jego początkowa reakcja wystarczyła za informację, że to Victor stanowił dla niego zagrożenie a nie w drugą stronę. Może i było to nieco aroganckie z jego strony, że tak lekceważył potencjalnego przeciwnika, ale w końcu był samcem alfa, wodzem stada - nikt mu nie dorównywał, każdy był zdany na jego łaskę. Asmo również.
Dlatego nie drgnął nawet mięsień w ciele Sabretootha, gdy nieznajomy niespodziewanie ruszył w jego kierunku. Mutant domyślał się, że ten mężczyzna chce zastosować jakieś sztuczki psychologiczne, jednak nie Creed nie zamierzał się dać wciągnąć w te gierki.
Owszem, widać było przywiązanie tego ptaka do swojego pana ze wzajemnością. Nie tyle co widać, co czuć. Creed był w mniejszej lub większej części zwierzęciem, obcował z przyrodą przez większość swojego życia, pośród fauny czuł się jak w domu. Czuł więc zależność papugi od Asmodeusza. No i ptak wygładził do tej pory nastroszone pióra, dopiero gdy wylądował na przedramieniu nieznajomego.
Sabre ponownie odsłonił zęby, tym razem świadomie. Nie spodobał mu się ton mężczyzny. Taki wywyższający, narcystyczny. Nie lubił gdy ludzie go tak traktowali. Wbrew pozorom, pod warstwą mięśni i futra które pokrywały ciało Victora kryły się inteligentne czy będące lustrem bystrego umysłu. Victor nie był tępym mięśniakiem, nie lubił więc gdy go się tak traktowało.
- Nie zapominaj się. - postąpił krok w jego stronę. Nie zgarbił się, nie napiął przesadnie żadnego mięśnia. Nie zamierzał udzielać mu ostrzeżenia swoim wyglądem, tylko swoim tonem głosu.
Rysy twarzy mutanta nagle wygładziły się, jakby przed chwilą nie spowił ich cień. Victor usiadł przy stoliku do szachów, na którym postawił piwo.
- Powiedziałeś już, że jesteś obserwatorem. Ci z kolei lubią zdobywać wiedzę dla siebie, bądź robią to dla kogoś. Więc nie, nie mogłem trafniej sformułować pytania. - odparł, po czym pociągnął łyk piwa.
- Ale jesteś teraz w moim domu. To ja tutaj zadaję pytania, Ty na nie odpowiadasz. Byłoby to przecież niezmiernie niekulturalne gdybyś zignorował zasady etykiety w cudzych włościach. Więc odpowiedz na pytanie, które zadałem. I zastanów się dla odmiany nad odpowiedzią. - dodał Sabre po czym wyciągnął wykałaczkę z kieszeni i podrapał nią przerwę między dwójką a kłem. Creed nie oczekiwał odpowiedzi ,,bo Cię obserwowałem" bo to już wiedział. Chciał usłyszeć w jaki sposób to zrobił, dlaczego, od jak dawna. Nie wszystkie pytania należy traktować dosłownie.
 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Czw 21 Sty, 2016 21:16   

Tak. Czarnowłosy doskonale poznał swoje ciało. Potrzebował na prawdę mocnego impulsu, który wytrącił by go z równowagi. Po prostu poczuł się zbyt swobodnie w tych zimnych, przesiąkniętych sentymentem murach. Opuścił gardę. Stąd też taka reakcja na drapieżnika. Spokojnie mierzwił białe pióra, przekładając swój spokój na swojego podopiecznego.
To lekceważenie miało swoje podstawy. Drapieżnik mógł wręcz wyczuć nieskłonność Asmo do walki. Na jego długoletniej skórze, nie zalegały zapachy krwi, nie było nawet najmniejszego ziarnka odoru, wynikającego z zrastania kości. W tych doskonale wyczuwalnych przez niego bodzcach, nie było nic, co mogło by świadczyć o wyższości długoletniego mutanta. Żadnego doświadczenia w walce. Jedni mówią że to tchórzostwo, on nazywa to staniem bokiem do konfliktu.
Sztuczki psychologiczne? Można było tak stwierdzić bez głębszego poznania jego osoby. Pózniej okazywało się to jednak zawsze tylko winą jego charakteru. Cierpliwego, spokojnego i bezkonfliktowego, jak by wręcz udawał to wszystko. Obserwował jak Victor wprawia w ruch swoje niesamowite ciało. Nie spodziewał się ataku, jednak wolał być przygotowany na taki rozwój sytuacji, więc pozostawał skupiony.
Kiedy samiec alfa usiadł przy stoliku, on poszedł tym samym śladem. Zrobił to subtelnie, by nie rzucić na siebie jakiegoś fałszywego podejrzenia, które skończyło by się na poderżniętym gardle i kałuży krwi w świetlicy bractwa.
- Prawie nigdy nie zapominam - wypalił. Nie wiedział jak może to być odebrane. Same książkowe opisy niewiele mogły mu w tym pomóc. Odpowiedział normalnie? Sarkastycznie? To już pozostało w kwestii samego łowcy. Pokiwał głową, na kolejne słowa.
- Jesteś wojownikiem. - Te słowa wypowiadał z szacunkiem. Każda ścieżka była trudna, więc dla każdej obranej z dróg należał się respekt. W szczególności jeśli chodzi o rozwój personalny.
- Powiedzmy że nasz wspólny przyjaciel - oczywiście chodziło mu tutaj o samego Magneto - dokładnie wertował sztukę wojny. - Złapał oddech i zastanowił się chwilę.
- Jeśli znasz wroga i znasz ,,siebie" nie musisz się obawiać wyników setek bitw - powiedział jak by właśnie czytał to z otwartej na stole księgi. Sęk w tym, że jej nie było.
- Moglibyśmy podejść do tego filozoficznie. Dom jest tam, gdzie prowadzi Cię serce. Więc to też mój dom - odparł. - Idąc w bardziej racjonalnym kierunku, to musi być też mój dom, skoro znalazłem się tutaj bezproblemowo. - A nie ukrywajmy, wejście do kryjówki tej społeczności nie było drzwiami, do pierwszej lepszej knajpki na Manhatannie.
- Precyzując bardziej. Twój dom jest kilka par drzwi dalej. Ten skrawek jest nas wszystkich. Jak korytarz w kamienicy. - Zaczął się wręcz wymądrzać. Widać było, że z swoim pupilkiem posiada nie małą synergię. Ptak oswobodził jego dłonie, kierując się na ramie, a Asmodeusz rytmicznie klasnął. Podsumował.
- Nieee, zapominaaaj, się... - wykraczała papużka. Wredne stworzenie, one uwielbiają przedrzeżniać.

- Pokażę Ci sztuczkę. - dodał po chwili namysłu. Ewentualny konflikt po prostu nie był dla niego żadnym celem. Nie widział w tym zysku. Nie widział w tym podstaw swoich dotychczasowych działań i zachowań. Uznał że to jest właśnie ten moment, kiedy powinien odpuścić. Nie po to tutaj przyszedł, by kłócić się czy dyskutować z tym koto podobnym człowiekiem. Czas stanął. Chwila rozmyła się w swojej bezradności. Wskazówki zegara stanęły, oddając się woli Asmodeusza. Tylko on mógł wprawić je z powrotem w ruch. Pan Zegarmistrz.
Biała papuga spojrzała porozumiewawczo, kręcąc przy tym główką. Niczym mechaniczny ruch sterowany jakimiś małymi zębatkami w środku jej delikatnej szyi. Chyba nie raz była świadkiem tej chwili, albo w zasadzie jej całkowitego braku.
Wstał. Szybkim krokiem ruszył na środek pomieszczenia. Przeszedł się po całym salonie. Stanął opierając się o futrynę, ostatnie swoje spojrzenie skierował na Sabre'a.
- To nie czas -rzekł do siebie sarkastycznie po czym wybiegł na korytarze. Przebiegł korytarze i pomieszczenia, gubiąc się wręcz specjalnie. W końcu ruszył do swojego sanktuarium.
Wskazówka wiszącego na ścianie salonu zegara leniwie opadła. Czas ruszył. W całej siedzibie uniósł się zapach Asmodeusza. Był wszędzie. Tak intensywny jak by stał obok. Do tego te nieznośne echo jego kroków. Jak by właśnie teraz biegł gdzie poniosą go nogi.

z/t
 
 

Sabretooth
[Usunięty]



Wysłany: Czw 25 Lut, 2016 01:14   

Nagle mężczyzna zniknął.
Jego zapach wciąż unosił się w powietrzu, jednak nie było go już obok Sabre. Niewątpliwie nieznajomy był mutantem, najwidoczniej z zdolnością teleportacji.
Creed węszył jeszcze przez kilka minut po korytarzach Bractwa, jednak źródło zapachu zawsze dochodziło zza ściany, za którą nic nie było. A przynajmniej nie prowadziła żadna ścieżka.
W końcu łowca odpuścił sobie. Mężczyzna jakkolwiek był tajemniczy, był chyba członkiem Bractwa więc nie stanowił zagrożenia jako takiego.
z/t
 
 

Magneto 




Imię i nazwisko: Eric Lensherr (wł. Max Eisenhardt)
Pseudonim: Magneto
Data urodzenia/Wiek: 1930 | 84 lata
Zdolności: Magnetyzm, metalokineza
Znaki szczególne: Charakterystyczny hełm
Dołączył: 17 Lip 2007
Posty: 737
Wysłany: Czw 28 Lip, 2016 19:42   

// Wejście

Szybkim krokiem przemierzał korytarz, który po części wydrążony w skale, a po części wykonany z metalowych płyt odpowiadał echem każdemu stawianemu krokowi. W pewnym momencie przystanął jednak przy mikrofonie umocowanym na ścianie, by wcisnąć znajdujący się przy nim guzik. Chwilę później ze wszystkich głośników rozlokowanych po siedzibie zaczął wydobywać się jego lekko zdeformowany głos:
- Bracia i siostry... wróciłem.

Tu na chwilę przerwał nie odrywając jednak kciuka od przycisku uruchamiającego nadawanie przez mikrofon. Doskonale zdawał sobie sprawę jak wiadomość o jego niezapowiedzianym powrocie mogła zdziwić mieszkańców tego przybytku, o ile jacyś jeszcze się tu znajdowali. Wnet kontynuował:
- Wszystkich obecnych proszę o natychmiastowe zjawienie się w salonie.

Po tych słowach "wyłączył" mikrofon i sam skierował się dalej do salonu. Z uśmiechem przywitał dobrze sobie znane pomieszczenie, oraz fakt że znajdujący się po środku czarny dywan był w zadbanym stanie. Czyli ktoś tu jeszcze jest skwitował do siebie w myślach. Zatrzymał się pod wielkim żyrandolem zwisającym spod sklepienia salonu czekając. Czekając na tych mutantów, którzy kiedyś postanowili pójść za nim by pomóc w realizacji marzenia jakim była prawdziwa wolność dla mutantów.
 
 

Catseye
[Usunięty]



Wysłany: Pią 29 Lip, 2016 09:21   

// z kuchni

Zamieszaniem zwabiony przydreptał kot.

Bardzo brzydki kot trzeba do tego dodać (chociaż gusty to rzecz względna, umówmy się).

Magneto nie mógł kojarzyć go sprzed swojego zniknięcia. Z całą pewnością nie było go (właściwie jej) tutaj wcześniej, musiał się pojawić podczas jego ostatniej nieobecności.

Oblizywała się wciąż, zgadnąć można dopiero co po zjedzeniu czegoś smacznego, chociaż tylko przez moment można było to zauważyć, gdy przemykała bezszelestnie przez pokój. Szybko schowała się między ścianą a jednym z foteli, obserwując zaciekawiona z kryjówki mutanta, o którym dotychczas tylko słyszała, do dzisiaj jednak - nie miała okazji widzieć ani spotkać.

Tylko wbite w mężczyznę oczy błyszczały z tej prowizorycznej nory, jaką sobie znalazła.
 
 

Alice 

I've been a bad girl, don't you know?




Imię i nazwisko: Alice [brak nazwiska]
Pseudonim: Vivious Vixen
Data urodzenia/Wiek: 13.08.1976, 37 lat
Zdolności: Manipulacja feromonami, Podmuch psioniczny
Znaki szczególne: lekka chrypka w głosie
Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 1193
Wysłany: Pią 29 Lip, 2016 15:38   

//kuchnia bractwa

Weszła leniwym krokiem do salonu. Magneto stał pod żyrandolem, jakby prosząc się by ten spadł mu na głowę. Alice cicho przemknęła za jego plecami i rozłożyła się na sofie, zajmując ją całą.
- Wynudziłeś się wystarczająco na wakacjach? - zapytała w ramach powitania, jedną rękę podkładając pod głowę, a w drugiej trzymając laseczkę lukrecji.
Ton jej głosu wyrażał skrajne znudzenie i generalnie brak zainteresowania czymkolwiek. Równie dobrze mógłby zamiast niej leżeć trup, też miałby ten sam stan emocjonalny.



Mess with the best, die like the rest.
Sukienka na galę

 
 

Desolator





Imię i nazwisko: Ryan Thompson
Pseudonim: Desolator
Data urodzenia/Wiek: 21.12.1988/25 lata
Zdolności: Produkcja żrącej i toksycznej mazi
Urazy: Szalony socjopata- Starczy?
GXRA 2015
GXRA 2017
Dołączył: 15 Mar 2015
Posty: 147
Wysłany: Sob 30 Lip, 2016 12:00   

//Z słoika po Nutelli

Desiu jak zwykle żył w swoim świecie. Po powrocie z misji (i szpitala. I ulicy), poszedł szybciutko do swojego pokoju, robić swoje rzeczy (czyli bałagan, chaos i zabawy z pająkami). Jednak nagle usłyszał znajomy głos. Odwrócił się w stronę głośników i uważnie wsłuchiwał w słowa Magneto, coraz mocniej otwierając oczy.
-Idol! - Krzyknął na całe gardło i zerwał się z podłogi (a raczej kupie śmieci, które pokrywały podłogę jego pokoju). Szybko wyskoczył z swojej części Bractwa i biegiem pobiegł korytarzem, krzycząc do siebie
-Idol! Idol, Idol, Idol, Idol... IDOL!

Po krótkiej chwili, zziajany i zdyszany znalazł się w drzwiach salonu.
-Idol! Idol wrócił! A Desiu czekał na Idola, bo Idol posłał Desia na misję i Desiu poszedł na misję z Ciocią i Shark-Girl, i wrócił, i Idola nie było, bo Desiu był w Szpitalu, ale w Szpitalu nie było Idola, ale jest, ale nie było, ale jest, ale nie w szpitalu, a w Salonie, a Salon należy do Desia. Ale Idola nie było w Szpitalu i przyszła Ciocia i zabrała Desia i rozmawiała z Ciocią i zrobiliśmy WZIUM! I Asmo z nami zrobił WZIUM! I sie steleferelolowaliśmy na ulicy i tam była Ciocia, ale jej nie było, bo pojechała, ale już jest, ale nie na ulicy tylko w Bractwie i Idol też jest w Bractwie i Kicia jest w Bractwie i Ciocia jest, i wszyscy są i teraz Desiu z Idolem opanują świat, i Desiu będzie Królikiem caaaaaałego świata, ale bez kąta w kuchni, i Desiu zrobi vice-królikiem Idola i Idol będzie krolikować światu, bo mu Desiu pozwoli, ale tylko w imieniu Desia a nie bez imienia Desia, bo Desiu będzie Królikiem, a Idol vice-królikiem, i będziemy wspólnie królikować!

A po tej przemowie... Desiu rzucił się na Ericka, chcąc go bardzo mocno przytulić. No bo jak inaczej taki słodki szaleniec jak on, ma okazać swoje zadowolenie z faktu powrotu Lidera Bractwa Mutantów?



Jednoosobowy Komitet Desorderu.

Pierwszy Laureat Desorderu




Strój na Galę Golden XR Awards

 
 

Scarlet Witch 

No more...




Imię i nazwisko: Wanda Maximoff
Pseudonim: Scarlet Witch
Data urodzenia/Wiek: 1 grudzień 1987/26 lata
Zdolności: - manipulacja prawdopodobieństwem, tworzenie pól siłowych, teleportacja ludzi i przedmiotów, zdolność latania
GXRA 2015
GXRA 2017
Dołączyła: 21 Sty 2014
Posty: 1360
Wysłany: Sob 30 Lip, 2016 21:59   

//Sanktuarium Asmo

Co poczuła słysząc głos ojca? Z jednej strony strach. Że wszystko to co było… wróci niczym bumerang. Że znowu będzie musiała robić coś co nie do końca uważała za słuszne. Z drugiej strony… poczuła ogromną ulgę. Całe Bractwo zdjęte z jej barków to świetna wiadomość. Troszeczkę się łudziła, że Magneto nic nie wymyśli, a przynajmniej czegoś co kolejny raz uświadomi Wandę w tym, że nie potrafił się wyrwać spod jego władzy. Była zbyt słaba. Albo po prostu wmawiała sobie bojąc się o to co może ją spotkać w świecie pełnym nienawiści wobec mutantów.
W takich momentach zwykle miała Pietro obok siebie. To on podnosił ją na duchu. Nawet potrafił rozśmieszyć w bardzo kryzysowych sytuacjach. Pocieszyć. Tym razem nie miała go blisko. Nie szedł z nią ramię w ramię, a mimo to dziwnie nie czuła się aż tak samotna…
Przez całą drogę nie podniosła wzroku na Asmo. Naciągnęła czerwony szal na ramiona skryte pod materiałem czarnej sukienki. Powaga wymalowana na jej twarzy była godna angielskiej królowej na audiencji u innej głowy państwa. Aż dziw brał, że tak młoda osoba może pokusić się taki chłód. Nawet ciężko było powiedzieć co dokładnie myśli. Blokada oraz mur dookoła jej duszy na nowo powstał. Zresztą Wanda w tym momencie była w zupełnie innym świecie. W pełni skupiona. Dość ostrym krokiem przemierzała korytarze, aż w końcu znalazła się w salonie.
Będąc w środku przesunęła wzrokiem po ojcu chcąc tym samym sprawdzić czy jest cały. Mogła go nie lubić, bądź się z nim nie zgadzać, ale to cały czas był jej rodziciel. Nie usiadła obok niego. Właściwie na przywitanie kiwnęła mu głową, a potem po prostu zajęła swoje miejsce ‘w szeregu’. W końcu wszyscy są tu na równi prawda? Nawet nie rozbawił ją Desolator, który podekscytowany chciał streścić mu co się działo w jednym zdaniu. Dosłownie. Słowa wyskakiwały z jego ust niczym z karabinu maszynowego. Maximoff usiadła na drugiej kanapie wraz z Asmodeuszem. Zerknęła na niego kątem oka, a potem wbiła swoje zaciekawione spojrzenie w ojca. Ciekawe co on na powrót swojego przyjaciela. Znaczy zdawała sobie sprawę, że przy wszystkich nie pokaże zbyt wielu emocji… Pewnie dopiero później, gdy będą mieli okazję porozmawiać na osobności pozwoli sobie na upust. A z drugiej strony… dawno się nie widzieli. Może coś się zmieniło?
Była również ciekawa czy zapyta gdzie jest Pietro. Na samą myśl o wcześniejszych zdarzeniach żołądek Scarlet podjechał do samego gardła. Spotkanie z Sinistrem, który podszył się pod jej brata. Spotkanie z Pietro podczas, którego wyznał, że odchodzi z Bractwa. Znowu poczuła ten fatalny ciężar…
Niemrawym uśmiechem przywitała się również z Alice, która jak zwykle czuła się niesamowicie swobodnie. W głębi duszy ucieszyła się, że jest cała... w końcu widok Noriko pozostawiał wiele do życzenia...
Gdy nie odszukała wzrokiem Johna wyciągnęła z kieszeni telefon i napisała do niego szybkiego smsa. Zaniepokoiła się jego nieobecnością.





Strój na gale

 
 

Magneto 




Imię i nazwisko: Eric Lensherr (wł. Max Eisenhardt)
Pseudonim: Magneto
Data urodzenia/Wiek: 1930 | 84 lata
Zdolności: Magnetyzm, metalokineza
Znaki szczególne: Charakterystyczny hełm
Dołączył: 17 Lip 2007
Posty: 737
Wysłany: Nie 31 Lip, 2016 12:54   

Magneto stał niewzruszony czekając cierpliwie. Ba, nie wiedział nawet czy ma na kogo czekać, założył więc z góry piętnastominutowy limit, po upływie którego, jeśli nikt się nie zjawi, uzna że nikt nie pozostał w Bractwie. Na szczęście ten najczarniejszy scenariusz się nie spełnił, chociaż i tak mocno zaskoczył starca. Mianowicie pierwszą istotą która zjawiła się w salonie był kot - tego z pewnością się nie spodziewał. Myślał, że może któreś z jego dzieci, albo wiernych mu członków takich jak Sabretooth czy Pyro zjawią się tu jako pierwsi.

Z zaciekawieniem wpatrywał się w jego złote ślepia, nieco podobne do tych jakie kiedyś posiadała Mystique. Niedługo potem do salonu nastąpiło wejście pierwszej ludzkiej postaci - Vivious Vixen.

- Aż nadto, moja droga. - odparł z lekkim uśmiechem na jej uszczypliwy komentarz. - Pora jednak wrócić do pracy, ufam że nie możesz się doczekać? - kontynuował grę pomimo tego, że kobieta ze skrajnym znużeniem rozłożyła się na sofie.

Kolejny "gość" w jego salonie był jednak o wiele bardziej skory do działania, energia go wręcz rozpierała.

- Desolator... - rzekł cicho odwracając się w jego stronę. Napływający do niego potok słów jak zwykle zdawał się nie tworzyć większej całości, lecz to dla Magneto nie było istotne. Udało im się wrócić z ostatniego zlecenia, a dzięki temu chłopak zyskał nieco w oczach przywódcy Bractwa. Na bezpardonową próbę przytulenia odpowiedział szczerym, niemal ojcowskim uściskiem. Pamiętał jak dziś gdy w bitwie o Alcatraz przypadkiem wyswobodził go z więzienia - wtedy młodzian był jeszcze naiwny, bez celu w swoim życiu. Magneto go wtedy przygarnął, wyciągnął do niego pomocną dłoń, wskazał mu drogę - jednym słowem wiedział, że zyskał wtedy oddanego poplecznika jego sprawy, sprawy wszystkich prześladowanych mutantów.

Po tym nieco przydługim uścisku wreszcie chłopak go puścił - Usiądź proszę i czekaj cierpliwie na resztę. - wypowiedział w jego stronę. Z całej tej paplaniny wychodziło na to, że Little Dragon i Asmo powinni się tutaj jeszcze kręcić. O wilku mowa... przemknęło mu tylko przez myśl gdy Asmo w towarzystwie Scarlet Witch weszli do salonu.

- Witajcie. - rzucił na powitanie tej milczącej pary. - Cieszę się, że znowu Was widzę. - kontynuował szczerze dalej. Chociaż co prawda przez ostatni czas potrzebował nieco samotności i spokoju, to teraz jednak wrócił do swej powinności, do swego obowiązku i każdy członek Bractwa, który nadal trwał przy nim był dla niego bardzo ważny. Poczekał jeszcze minutę, dwie, nim się znowu odezwał:

- To już wszyscy, którzy znajdują się w siedzibie? Czy ktoś może nadal jest na zewnątrz? - skierował swe pytania otwarcie, do wszystkich, chociaż jego wzrok zawisł dłużej na jego córce a następnie na Alice. Oczywistym było, że zapyta o nieobecnych, musiał mieć pełny obraz, znać dokładnie sytuację. Dopiero wtedy będzie można zastanowić się nad kolejnym krokiem, pierwszym po jego powrocie, ku prawdziwemu wyzwoleniu mutantów.
 
 

Catseye
[Usunięty]



Wysłany: Nie 31 Lip, 2016 20:30   

Kotka tymczasem wykorzystała paplanię Desia i zniknęła całkowicie za kanapę.
Tylko po to, by moment później wskoczyć się oparcie kanpy tuż nad ramieniem Wiedźmy, od strony przeciwnej niż siedział Asmodeusz.
Przekrzywiła łeb, powąchała podejrzliwie kobietę i najzwyczajniej wskoczyła na kolana Scarlet, przez moment kręcąc się w wkoło i szukając najlepszego miejsca.

Wykręciła łeb, łypiąc się na twarz kobiety przez moment, nie poświęcając paplaninie Desia widocznie większej uwagi.

- Wiedźma zdenerwowana. Niepotrzebnie. Cats urwie głowę zagrożeniu. - stwierdziła z pewnością, na swój sposób upraszczając skomplikowaną mieszaninę sygnałów, jaka dobiegała ją od strony kobiety.

Podwinęła ogon, położyła się i wbiła wzrok w mężczyznę.
Strzygące uszy jednak zdradzały, że śledzi również dokładnie inne dźwięki, dobiegające z okolicy.
 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Pon 01 Sie, 2016 18:16   

Idąc korytarzem wciąż przeżywał wydarzenia z swojego pokoju. Granatowe oczy przebijały się przez mrok, zwracając uwagę na każdy szczegół kazamatów bractwa. Jego myśli zajęły się od myślenia nad słowami czarownicy. Nie miał pojęcia, jak działały takie wizje, a jedynym rozwiązaniem jakie przychodziło mu teraz do głowy, to bezpośrednie pytanie skierowane do rezydentki szkoły Xaviera, którą ostatnio poznał - ona chcąc nie chcąc, na pewno wiedziała coś na ten temat.
Zastanawiał się również nad obliczem Wandy, które zmieniło się tak drastycznie pod wpływem jednego bodzca. Cała radość znikła, na nowo rozpościerając zgorzkniałą od doświadczeń życia skorupę, która skrupulatnie ukrywała wszystko co płynęło z jej wnętrza. Mimo wszystko Francuz szedł uśmiechnięty, z uniesionymi kącikami ust, krok w krok z nią. Zimny głos starca, dobiegający z głośników zasiał w nim iskierkę, która wkrótce miała przerodzić się w prawdziwy płomień. Wszystko miało wyglądać tak jak dawniej, prawie wszystko... W końcu jego obecność przestała być jakąś wielką tajemnicą. Ciężar zniknie z ramion panienki Maximoff, żelazna ręka po raz kolejny poprowadzi jego braci do boju, a mutanci po raz kolejny będą mieli powód by zastanowić się nad definicją wolności. Chociaż był przeciwnikiem takich rozwiązań, nie ma co się oszukiwać. Odnalazł się, tu był jego dom, rodzina, obowiązki. Z innej beczki... jak nie cieszyć się z powodu powrotu przyjaciela?

Wchodząc do salonu objął swoim spojrzeniem całe towarzystwo, by po chwili skupić się na Ericu. Idąc w głąb pomieszczenia, gdy jego córka pochyliła głowę, Asmodeusz postąpił podobnie. Z dbałością pochylił się, teatralnie jak na te czasy, dodając do tego machnięcie ręką w bok. Niektóre nawyki ciężko było zwalczyć, pomimo nieubłaganie uciekających dekad. Spokojnym krokiem skierował się za Wandą, by zająć na kanapie miejsce obok niej. Ułożył swoje dłonie na kolanach, spoglądając się w mieniącą na palcach biżuterię, by zaraz po chwili oderwać wzrok i zatrzymać przed sobą. Z powagą przyjmował sytuację, więc tak szeroki uśmiech jak w szpitalu nie zagościł w ramach odpowiedzi na poczynania Desolatora, który jak zawsze odgrywał swoją rolę nadwornego błazna.
-Również cieszymy się z twojej obecności Magneto. Zarówno wszyscy razem jak i przypuszczalnie każdy z osobna- odparł nad wyraz oficjalnie, by po chwili odwrócić się w kierunku kota, który przybył na kolana kobiety ubranej w czarną suknię. Słysząc kolejne pytanie z strony pana Żelaza obejrzał po wszystkich badawczo, po czym przymknął oczy, ukrywając niebieską taflę swojej tęczówki pod powiekami. Przyłożył dwa palce do skroni i westchnął cicho.
-Dziewczyna-rekin dochodzi do siebie w swojej kwaterze. Victor wciąż szuka odpowiedniego rysownika... Możemy mieć tylko nadzieje że przyprowadzi go żywego.- Dodał ironicznie. -Nie mam pojęcia, co stało się z Blobem i Pyro. Przerwał na chwilę i spojrzał w kierunku telefonu Wandy. -John Farago najprawdopodobniej przymierza się do rozbicia szeregów młodszych x-menów w Central parku.- Emanował od niego spokój, którego wcale nie mąciły słowa, jakie wypowiadał, jak by była to całkowita normalność. -Twój syn wciąż jest w mieście, jednak nie opowiada się już po naszej stronie.- Nie chciał by odpowiedzialność o odejściu Pietra spadła na barki zielonookiej, dlatego też on od razu rzucił tą informacją. Prosto z mostu. Nie ujawniał jednak szczegółów, które wskazywały że tamten aktualnie znajduje się w akademii dla utalentowanych. Wtedy cały plan spotkania Wandy i QuickSilvera spalił by na panewce.
-To chyba wszyscy. Przynajmniej tyle mogłem dostrzec.- Zasygnalizował, że nie ma już nic więcej do powiedzenia.
 
 

Alice 

I've been a bad girl, don't you know?




Imię i nazwisko: Alice [brak nazwiska]
Pseudonim: Vivious Vixen
Data urodzenia/Wiek: 13.08.1976, 37 lat
Zdolności: Manipulacja feromonami, Podmuch psioniczny
Znaki szczególne: lekka chrypka w głosie
Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 1193
Wysłany: Wto 02 Sie, 2016 10:44   

Alice rzuciła Magneto spojrzenie, które można było uznać za zirytowane, ale zresztą kto ją tam wie.
- Nikogo więcej nie będę rekrutować i nie zamierzam się wybierać na radośnie wymyślane przez ciebie misje samobójcze, a ta w kanałach się do takich zalicza.

Nie miała najmniejszej ochoty tracić życia dla marnego zysku lub całkowitego jego braku. Za to straciła lubiane ciuchy i buty, a przed nosem przeszło jej jedno ze zleceń "na boku", bo szef miał plan. Chętnie by go zdzieliła, a jeszcze lepiej, namówiła telepatę, by sprawił, że szef sam się zamachnął. Może by trochę otrzeźwiał i zobaczył, co i kto jest największym obecnie zagrożeniem dla mutantów.

Nigdy by się na głos nie przyznała, ale widok Desa w jednym kawałku, w powodzi słów i dzikiej radości sprawił jej ulgę, że naczelny wariat bractwa wyszedł bez szwanku z misji. Stan Noriko ją mało obszedł. Żyła? Żyła, więc nie ma co się nad nią rozwodzić.

Zastanawiający był jednak całkowity brak powitania ze strony Scarlet poza skinieniem głowy. Czyżby bała się reakcji na dezercję Pietra? Alice nie byłaby zdziwiona gdyby tak było. Za to Asmo jak zwykle odpalił bombę, nie czekając aż reszta się cichcem ulotni. Jak się Erik wkurzy to będzie źle.

- Blob pojechał na jakieś zawody - rzuciła w przestrzeń, nie adresując swojej wypowiedzi do nikogo szczególnego, bardziej zajęta kończeniem ostatniego kawałka lukrecji.



Mess with the best, die like the rest.
Sukienka na galę

 
 

Magneto 




Imię i nazwisko: Eric Lensherr (wł. Max Eisenhardt)
Pseudonim: Magneto
Data urodzenia/Wiek: 1930 | 84 lata
Zdolności: Magnetyzm, metalokineza
Znaki szczególne: Charakterystyczny hełm
Dołączył: 17 Lip 2007
Posty: 737
Wysłany: Wto 02 Sie, 2016 17:39   

Ciszę przerwał beznamiętny głos Asmodeusza. Jak gdyby nigdy nic zaczął wyrzucać z siebie kolejne słowa na temat członków Bractwa, którzy z różnych powodów nie mogli znaleźć się tu razem z nimi. Dwójka spośród wymienionych mutantów nadal wyglądała na "aktywną" i gotową do opowiedzenia się po właściwej stronie, lecz kolejne zdanie było jak cios.

Twarz starca wykrzywiła się przez chwilę w grymasie, lecz on sam pozostał nieruchomy. To, co działo się teraz w jego wnętrzu oddawały metalowe przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu: równocześnie znajdujący się w pomieszczeniu telewizor oraz radio zaczęły wydobywać ze swojego wnętrza trzaski, kanapa na której siedział zwiastun złej nowiny, wraz z jej rezydentami w postaci Asmodeusza, Wandy oraz kota przesunęła się delikatnie w tył, maksymalnie o kilka centymetrów. Po chwili wszystko to ustało, a mocno zaciśnięte dłonie Magneto rozprostowały się dając zmęczonym palcom odpocząć. Jedynie metalowy skoczek koloru czarnego, znajdujący się na szachownicy nieopodal, przewrócił się z głośnym trzaskiem.

- Rozumiem... - odparł wreszcie po kolejnej dłuższej pauzie. - Jestem pewien, że przemyśli swoje zachowanie i do nas wróci. - skomentował krótko informacje na temat swojego syna jednocześnie ucinając jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Kolejną niezręczną ciszę przerwała Vixen, która dobitnie wyraziła swoje zdanie na temat ostatniego zlecenia.

- Żadna z misji, na które Was wysyłam nie jest samobójcza. Trudna, tak. Wymagająca, owszem. Skomplikowana, często. Lecz im trudniejsza, tym większą nadzieję w Was pokładam głęboko wierząc, że w pełni jej podołacie. - skwitował chłodnym tonem, powoli dochodząc do siebie, choć nadal był wzburzony i być może przesadnie szorstko teraz odpowiadał.

- Nie musisz się jednak obawiać gdyż od teraz osobiście zajmę się rekrutowaniem naszych braci by wstąpili w szeregi obrońców mutantów. - kontynuował dalej swoją wypowiedź krążąc nieco po sali bliżej pozostałych mutantów. - Z pomocą Asmodeusza, oczywiście. - dorzucił po chwili kierując głowę w jego stronę. Chwilę tak stał pogrążony w zadumie, jakby przyswajając te wszystkie informacje. Jakby grał jakąś wyjątkowo trudną partię szachów z Charlesem i rozważał kolejny krok spośród setek możliwości.

- Dobrze, wszystko jasne. Może jest nas trochę mniej niż się spodziewałem, lecz wcale nie oznacza to, że nie możemy nic zdziałać. - mimowolnie, zupełnie podświadomie przeszedł w tryb wygłaszania tych podniosłych zdań, które miały za zadanie podnieść morale i zachęcić członków Bractwa do działania. - Może i utraciłem swoje moce oraz zmagałem się z upływem czasu, lecz nie oznacza to, że nie wróciłem silniejszy. Tak ja, jak i każdy z Was, gdy wykonywaliście moje polecenia. Ale mimo to, że ostatnio nie byliśmy zbyt aktywni to nasi wrogowie nie spali. Ze świata dochodzą do mnie wieści o kolejnych porwaniach mutantów, z których tylko nielicznym udaje się uciec. Nie możemy tego dłużej tolerować, nie możemy zamknąć się w tych lochach i czekać aż po nas przyjdą. Nie możemy odwrócić się plecami do naszych braci, którzy tam na zewnątrz codziennie zmagają się z tą brutalną rzeczywistością. Nie możemy... - ostatnie zdanie urwał w połowie, jakby miał jeszcze zamiar coś powiedzieć, ale ostatecznie się powstrzymał. Przeszedł kilka kroków wzdłuż pomieszczenia zbierając przez chwilę myśli by po chwili kontynuować:

- Wojna trwa cały czas, możemy udawać że jej nie ma, lecz nie oznacza to, że nas nie dosięgnie. Nie gwarantuję Wam zwycięstwa, ale gwarantuję Wam walkę zamiast biernego czekania na śmierć. Bo stokroć bardziej wolałbym umrzeć walcząc o wolność naszego gatunku niż przeżyć, lecz biernie przyglądać się śmierci naszych braci. - jego wypowiedź nabierała coraz bardziej pompatycznego charakteru, niemalże zahaczając o przerysowanie całej sytuacji. Magneto jednak głęboko wierzył w wypowiadane przez siebie słowa, wiedział, że teraz jest czas by wykonać ich ruch. Na własnej skórze przekonał się w obliczu jak wielkiego zagrożenia teraz stoją - na szalę rzucony został los wszystkich mutantów.

- Mam dla Was wszystkich jedno zadanie: zdobyć informację o naszym wrogu. O tych naiwnych ludziach, którzy myślą, że mogą się mierzyć z homo sapiens superior. Nie podejmujcie poza tym żadnych ryzykownych działań, jedynie czego chcę to informacji. A gdy już je zdobędziemy... pokażemy im naszą prawdziwą moc. - dokończył stanowczo po czym znowu zamilkł. Czekał na reakcję, miał tylko nadzieję, że dość jasno wyraził swoje poglądy.
 
 

Catseye
[Usunięty]



Wysłany: Wto 02 Sie, 2016 21:19   

- Catsey myśli, że ludzie to nie problem teraz. Zagrożenie teraz to Sinister. Na tyle duże, żeby wiedźmę oszukać. Catseye myśli, że gdy zaczniemy polować na mess to możemy znaleźć się między dwoma drapieżnikami jednocześnie.

Gdyby nie słowa można nby było pomyśleć, że manul spał w najlepsze i nie poświęcał padającym tutaj słowom większej uwagi. Jednak dziewczyna doskonale pamiętała niedawną rozmowę w kuchni i jej konkluzję. I najwyraźniej uznała za koniecznie zwrócić uwagę, że może być nie do końca rozsądne zajmować się kolejnym celem, gdy zdecydowanie bliższe zagrożenie wciąż gdzieś czaiło się w pobliżu.

A jeśli wierzyć w to co kiedyś powiedziała Scarlet, kotka szczerze wątpiła, żeby ten mutant mógł przeoczyć okazję, jeśli by zaangażowali się w jakiś inny konflikt. Cats by na jego miejscu nie przeoczyła. Nie widziała najmniejszego powodu, żeby i on miał zrobić to samo.
 
 

Scarlet Witch 

No more...




Imię i nazwisko: Wanda Maximoff
Pseudonim: Scarlet Witch
Data urodzenia/Wiek: 1 grudzień 1987/26 lata
Zdolności: - manipulacja prawdopodobieństwem, tworzenie pól siłowych, teleportacja ludzi i przedmiotów, zdolność latania
GXRA 2015
GXRA 2017
Dołączyła: 21 Sty 2014
Posty: 1360
Wysłany: Sro 03 Sie, 2016 20:59   

Powaga. Brak emocji oraz skupienie. To właśnie w pełni reprezentowała panna Maximoff. A w środku? Istny sztorm wątpliwości i leków. Starała się tego nie pokazywać, ale kim tak naprawdę była w oczach swojej osobistej i jakże wnikliwej Kotki? Zwykłym kłębkiem nerwów. Niczym więcej. Jak ona dobrze ją znała… Spojrzenie Sharon spotkało się z nieobecnym wzorkiem Wandy. Dopiero wtedy Szkarłatna odzyskała jakąkolwiek jaźń. Na chwile przestała zapadać się we własnych myślach i posłała jej delikatny uśmiech. Spokój jednak nie zmylił sprytnej Kotki. Wanda nawet nie drgnęła, gdy kot zajął swoje miejsce na czarnym materiale jej sukienki. Właściwie w tym momencie poczuła się odrobinę pewniej. Przesunęła palcami po miękkiej sierści i z nutką dumy oraz zaciekawienia zerknęła na Asmo, tak jakby chciała mu właśnie kogoś przedstawić. Zaraz zdała sobie sprawę, że nie znajdują się w tym pomieszczeniu w celach towarzyskich. Zresztą, Sharon bardzo szybko przerwała tą chwilę jakże uroczymi zapewnieniami.
- Wiem, że z ciebie bardzo waleczny kocur – Powiedziała cichym głosem – Ale teraz shhhh… - Uciszyła ją, ponieważ wyczuła, że ojciec zaraz zacznie przemawiać. I tak też się stało.

Oczywiście padło pytanie, którego po części się obawiała. Co prawda Magneto nie zapytał bezpośrednio o Pietro, no ale… ojciec zapewne był ciekawy gdzie znajduję się jego syn. Umysł Wandy zaczął pracować na najwyższych obrotach. Szukała odpowiednich słów, by przekazać ojcu smutną nowinę. Męczyła się. Wspinała na wyżyny dyplomacji i stwierdziła, że zacznie od Johna. Tym bardziej, że spojrzenie ojca padło na jej blade oblicze.
Wanda rozchyliła wargi, żeby przemówić jednak ktoś ją ubiegł. Skierowała swój zaskoczony wzrok w kierunku Asmo. Przeczesywanie kociej sierści stało się bardziej mechaniczne i niedokładne, ale… zupełnie nie zwróciła na to uwagi, ponieważ mężczyzna zaczął się dzielić informacjami, którymi i ona chciała. Może nie w tak dosadnej formie. Zaniepokojenie przyszło dopiero, gdy Asmo zaczął mówić o Pietro. Sama nie wiedziała dlaczego. Jakby podświadomie czuła, że jej brat bliźniak znajduje się w miejscu, które nie spotka się z aprobatą ojca. Kamień z serca spadł dopiero w momencie postawienia kropki w ostatnim zdaniu. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo była mu wdzięczna. Poczuła wsparcie. Tak samo zresztą jak ze strony Alice, która wcześniej zaznaczyła swoją buntowniczą postawę. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo kojący na jej opanowanie okazał się lodowaty ton kobiety wymierzony prosto w Magneto. Podziwiała również jej stalowe nerwy oraz pewność siebie. Ale to nie tylko dziś. Zresztą Alice bardzo dobrze o tym wiedziała.

Wanda zgarnęła kota bliżej siebie, tak jakby chciała ochronić tą futrzastą kulkę, przed gniewem ojca. Oczywiście starszy mężczyzna nie wyraził złości na głos, mówiąc jak to, najwyraźniej zawiódł się na synu. Wyraziło to natomiast radio, trzaskiem oznajmując, że właśnie oberwało falą magnetyczną. Wzrok Wandy w pierwszej kolejności powędrował właśnie w tamtą stronę. Potem na niepokojąco szumiący telewizor, który również okazał się być wyrazem niezadowolenia ojca. Na prawie sam koniec przesunęli się kilka centymetrów pod ścianę. Wanda zacisnęła dłoń na telefonie. Serce zabiło niespokojnie, a jedyne o czym teraz pomyślała to o tym by skontaktować się z bratem… żeby go ostrzec i poinformować, że ojciec odzyskał moce. Chyba nawet całkowicie. A przede wszystkim, że jest na niego zły. Dodatkowo poczuła się winna, że nie zatrzymała Pietro. Zresztą, czemu poruszyła się tylko kanapa na której siedziała ona, Asmo i Kot? Na szczęście miała dłuższą chwilę, żeby zebrać myśli. Dłoń, która wcześniej zacisnęła się na komórce tak jakby chciała zerwać się z miejsca i wbiec w korytarz by skontaktować się z bratem. Na szczęście tego nie zrobiła. Musiała zachować zimną krew.

Co zresztą nie było aż tak trudne wsłuchując się w słowa Lensherra. Jak zwykle przemowa Magneto budowała. Budowała tożsamość grupy. Nadawała jej sens i znaczenie. Wiele można mu zarzucić, ale na pewno nie brak charyzmy. Nie wiedziała jak pozostali, ale sama poczuła ogromną siłę do działania. Póki co jednak nie wiedziała co ojciec miał na myśli, ale.. hej, zdobywanie informacji nie brzmiało tak źle jak ostatnie akcje wymyślone przez ojca. Mimo to nie mogła się pozbyć tego niepokojącego uczucia, gdzieś tam na dnie żołądka, że… sprawa nie jest aż tak niewinna jak się jej wydaje. Co zresztą dosadnie dał odczuć w ostatnim zdaniu. Pokażemy im naszą prawdziwą moc. Czy na serio tego chciał w jej wypadku? Zmrużyła powieki zastanawiając się nad tym wszystkim. Potrzebowała dłuższego momentu, jednak… niestety nie było jej dane.

Dopiero po chwili zorientowała się o czym mówi Cats. Wanda spojrzała w dół wyrwana z niesamowicie silnego zamyślenia. Pogłaskała zwierzę po łebku i w końcu przemówiła.
- Catseye ma racje – Przyznała i zarazem w jakimś sensie przedstawiła swoją osobistą drapieżną maskotkę ojcu. Oderwała wzrok od futrzastego łepka i spojrzała na ojca.
- Sinister coś kombinuje. Nie wiem dokładnie co, ale potrzebuje do tego innych mutantów –. Zarzuciła nogę na nogę i baczniej skupiła się na swoich słowach. Wzięła głębszy oddech i zaczęła mówić. Opowiedziała właściwie to samo co poprzednio Sabre, Blobowi i Kotce. Jak to Sinister przybrał postać Pietro. Na dodatek zranionego, wręcz umierającego co skwitowała grymasem i ucieczką spojrzenia gdzieś w bok. Opisała tą dramatyczną sytuacje oraz to jak dzięki swoim mocom przeniosła go do szpitala. Jak Sinister pod postacią lekarza chciał zwabić ją do ośrodka badawczego, który miał być szpitalem dla mutantów. To tam właśnie miał pomóc Pietro dojść do siebie. Zorientowała się dopiero wtedy, gdy rzeczony lekarz nie pozwolił się spotkać z bratem. Dopiero wtedy ujawnił swoją prawdziwą twarz.
- Najwyraźniej miałam być częścią jakiegoś większego planu, ponieważ zaproponował mi bycie posłańcem oraz stanie się ‘matką zbawiciela’ – Powiedziała i spojrzała na swojego ojca.





Strój na gale

 
 

Alice 

I've been a bad girl, don't you know?




Imię i nazwisko: Alice [brak nazwiska]
Pseudonim: Vivious Vixen
Data urodzenia/Wiek: 13.08.1976, 37 lat
Zdolności: Manipulacja feromonami, Podmuch psioniczny
Znaki szczególne: lekka chrypka w głosie
Dołączyła: 28 Mar 2008
Posty: 1193
Wysłany: Czw 04 Sie, 2016 20:15   

Popisy mocy Erika przeczekała, ziewając w trakcie. Czasem bywał aż nadto przewidywalny. Plotki głosiły, że w młodości był niezłym narwańcem i nerwusem. Cieszyło ją, że mu to w większej części przeszło, inaczej by musieli co tydzień zamawiać nowe meble, ekipę remontową i zbudować własny szpital.

Uwagę do niej wygłoszoną zbyła kpiącym prychnięciem i powoli podniosła się, spuszczając nogi na podłogę i wstając, aby nad nią nie górował jak jakaś wieża, chociaż i tak gdy była nawet cała wyprostowana jak struna, to ją przewyższał o dobre piętnaście centymetrów.

- Nie wysyłasz? - wycedziła zimno i bez emocji przez zaciśnięte zęby. - Twój wywiad odnośnie tego co jest w tych kanałach, to możesz utopić w bagnie. Smarkula niemal tam zginęła. Gdyby nie jej moce, to miałbyś ją teraz w dwóch kawałkach. Des wylądował w szpitalu. Nie dość, że była tam banda pierdolonych zakutych żołnierzyków, obwieszonych bronią jak pieprzona choinka, to jeszcze jest tam coś znacznie gorszego, co zmusza ludzi by zabijali innych. Jeśli to nie jest misja samobójcza, to czas się przebadać na głowę, bo niektóre klepki ewidentnie masz w złych miejscach.

Po wygłoszeniu tego małego przemówienia, klapnęła mało elegancko z powrotem na sofę, założyła ręce i patrzyła wyzywająco w stronę przywódcy. Wiedziała, że nic jej nie zrobi. Nie teraz, kiedy nie ma na głowie swojego cudownego hełmu. Wiedział aż nazbyt dobrze czym może skończyć się nadepnięcie jej na odcisk, a Alice nie miałaby problemu z namieszaniem mu w głowie.

W milczeniu wysłuchała przemówienia "wodza", gryząc się pod koniec w język, by nie wypomnieć głośno jak ich marsz po zwycięstwo zakończył się na Alcatraz. Doskonale wiedziała, że wspomnienie tego jak Wolverine i Beast zrobili wielkiego Magneto w plastikowe kwadratowe jajo, mogło się źle skończyć dla zebranych w salonie. Natomiast zaciekawiło ją to, co Wanda miała do powiedzenia o tym całym Sinistrze.

- To religijny świr? - odezwała się, patrząc na Wiedźmę. - Bo brzmi jak pieprzona wersja biblijna. Wiemy o nim cokolwiek więcej niż to, że jest ostro pierdolnięty? Jakie ma inne moce poza udawaniem innych osób?

Przez umysł przeleciała jej kusząca myśl, by się w kwestii Sinistra sprzymierzyć z X-Men. Byli liczniejsi od Bractwa ostatnimi czasy. Jednak nie odważyła się wyrazić tej myśli na głos. Żałowała, że przez Magneto Mystique opuściła ich szeregi. Zmiennokształtny mutant by się im teraz niezwykle przydał.



Mess with the best, die like the rest.
Sukienka na galę

  
 
 

Desolator





Imię i nazwisko: Ryan Thompson
Pseudonim: Desolator
Data urodzenia/Wiek: 21.12.1988/25 lata
Zdolności: Produkcja żrącej i toksycznej mazi
Urazy: Szalony socjopata- Starczy?
GXRA 2015
GXRA 2017
Dołączył: 15 Mar 2015
Posty: 147
Wysłany: Czw 04 Sie, 2016 21:22   

Desolator całą swoją (znikomą) uwagę poświęcał Magneto. W końcu Idol wrócił po tak długim czasie! Był dla młodego mutanta jak zabawka. Nowa zabawka. A jak powszechnie wiadomo, gdy dzieciak dostanie nową zabawkę, to przez dłuższy czas tylko nią się bawi.
-Desiu nie wie gdzie są inni, ale jest Desiu a Desiu wystarczy za innych,, bo Desiu jest bardziej desowy niż inni bo inni są inni a Desiu jest desowy, więc Desu jest bardziej desowy niż inni, bo jest Desem a nie innym.

Jednak nawet żyjąc w własnym świecie, Des czasem odbierał jakieś sygnały z otoczenia. Takie sygnały jak na przykład słowa innych członków bractwa. Oczywiście wariat musiał je na swój sposób przetrawić i przerobić.
-Ciocia nie zrekrutuje? To Desiu zrekrutuje! Desiu będzie najlepszym zrekrututorem na świecie! I będzie miał dużo zrekrotutowanych! I fajnych zrekrotutowanych! Bo jak zobaczą Desa, to nie fajnie nie zrekrutotowani nie będą zrekrutotowani, bo pomyślą, że nie mogą być zrekrutotowani przez kogoś tak fajnego jak Desu, więc tylko fajni będą zrekrutotowani, bo Desu ich zrekrutuje i będą fajni zrekrutotowani.
-I Desiu nie pozwoli Szybszej Ręce Idola przyjść, bo Desu go już nie lubi, bo sobie poszedł i nas zostawił, i go nie ma, a był, a nie ma, a powinien być, bo był, a go nie ma. I jak przyjdzie, to go nie będzie bo mu Desu nie pozwoli przyjść, bo sobie poszedł.

-Kicia się nie zna, bo Kicia jest kotem, a koty się nie znają, to Kicia się nie zna, a Desu się zna, bo Desu jest Desolatorem, a Desolator się zna, bo jest Desiem a Desiu się zna bo jest Królikiem, a króliki się znają, bo królikują, a Kicia się nie zna, bo nie jest Królikiem, bo Desu jest Królikiem, więc Desu się zna. I Desu mówi, że Idol się zna i trzeba z Zabawkami walczyć bo próbują być groźne, ale Desu jest grozniejszy, bo jest zły, a Zabawki nie są groźne bo są śmieszne i radośnie płaczą w loszku, jak ich tam Desu zamknie i będą zamknięci i w loszku i będą płakać a Desu będzie ich kwasił i dlatego Zabawki są niebezpieczne, bo Desu nie ma kogo kwasić, bo się Zabawki zepsuły, a Desiu na krótkie spacerki chodzi i nie umie złapać zabawki, ale jak złapie, to będzie się bawił w loszku. I dlatego Desiu będzie się Zabawkami zajmował i pomoże Idolowi i nie pomoże łapać sinisoidy, bo nie jest Zabawką, a Deus chce Zabawki. Bo spsuł.



Jednoosobowy Komitet Desorderu.

Pierwszy Laureat Desorderu




Strój na Galę Golden XR Awards

 
 

Asmo
[Usunięty]



Wysłany: Pią 05 Sie, 2016 20:08   

Gdy dewastujący od środka gniew, po usłyszeniu niekoniecznie dobrej nowiny został uzewnętrzniony, w postaci chaotycznego pola magnetycznego, Asmodeusz automatycznie zacisnął dłonie na poszyciu kanapy. Pomimo sporych pokładów spokoju i cierpliwości Francuza, nie umiał wyzbyć się ludzkich odruchów, tak samo jak nie umiał ukryć ziarnka niepokoju w obliczu Sabre'a, tak i teraz samozachowawcze zachowanie organizmu było nie do powstrzymania. Spojrzenie niebieskich oczu ukradkiem zakradło się na oblicze Wandy i Kota, obserwując ich reakcję, jednak upadająca figura szachowa szybko odwróciła jego uwagę.
-Miejsca się zmieniają, jednakże idee leżą na sercu jak ciężki kamień. Zajmie mu to mniej lub więcej czasu, jednak bez wątpienia zrozumie- powiedział by jeszcze bardziej zadbać o spokój - już stonowanej osoby Magneto.

Słuchając głosu Alice, miał dziwne wrażenie że mówi ona dziwnie. Był przyzwyczajony do bardziej delikatnych i subtelnych nut z kobiecych ust. Zdegustowany umysł nie dał jednak w znak że coś mu nie odpowiada. Asmo nie odwrócił głowy, gdy ta przemawiała, lecz patrzył z zaciekawieniem, tak samo wsłuchując się w rozmowę.
-Wygląda na to, że Cię spowalniali albo zwyczajnie nie byłaś w stanie im pomóc.- Wtrącił nieproszony. Nie podobał mu się sposób w jaki odzywała się do Erica, wiązał z tym takie same emocje jak z "planowaniem wojny" w pomieszczeniu kuchennym. -Drugi argument wydaje się być przychylniejszy. - Spokojny, flegmatyczny, a jednak wystarczający donośny głos rozniósł się po raz kolejny po pomieszczeniu, wypełniając je francuskim akcentem.
Gdy padło jego imię, tylko skiną głową i uśmiechnął się delikatne, tyle na ile pozwalała sytuacja. -Z wielką przyjemnością.- odparł. -Przy spotkaniu z pewnym mutantem, dowiedziałem się, że wielu naszych braci działa w mniejszych grupach przestępczych. Myślę że znajdą się tam jednostki, które potrzebują słusznego celu w życiu. Chociaż ciężko mieć im za złe, że chcą zarobić swoją odmiennością. - skwitował.

-Kot ma rację, jednak Sinister również jest mutantem. Co prawda potężnym, ale mutantem. Zawsze możemy napuścić "drapieżników" na siebie, następnie urywając głowy obydwóm wyniszczonym walką organizmom. -- Przyłożył dłoń do ust, myśląc nad kolejnymi słowami. -Nie mniej jednak, w obydwóch przypadkach naprawdę musimy zebrać się w garść.- Oświadczył. Sam nie wiedział czy jego plan był dobry, dlatego wciąż liczył na jakieś inne sugestie. Podejście Sharon zupełnie mu się nie podobało. Szalony doktor musiał mieć asa w rękawie, skoro był gotów stanąć twarzą w twarz z Wandą. Pan du Paris podniósł się i podszedł do szachownicy zbierając kilka białych figur i zostawiając czarne. Na białego króla założył swój sygnet z czerwonym oczkiem i postawił go na środku szachownicy. -To Sinister.- Po jego prawej stronie ustawił dwie wieże. -To X-meni i Mess, którzy będą chcieli go najprawdopodobniej powstrzymać.- Ustawił hetmana.-Jeśli X-meni ruszą w bój, możemy być niemalże pewni że wraz z nimi wyruszy inicjatywa... A jeśli wyruszą oni. - Postawił drugą figurę. -Pomogą mu ludzie tego czerwonego wielkoluda. - Odsłonił planszę, tak by każdy wszystko widział. -Czarny figury to my.- przesunął dłonie nad nimi. -Jeśli uda nam się dotrwać do takiego momentu, będziemy mieli na tacy wszystkich.- Skierował swoją twarz w stronę Lensherra. -Ericu, rycerze nie ruszą do boju, jeśli król ich nie poprowadzi.- Symbolicznie wskazał na figurę czarnego króla.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

 Jeden

X-Men RPG jest chronione prawami autorskimi - te dotyczące materiału źródłowego należą do Marvela, zaś reszta przynależy do graczy i Administracji forum.
Zabrania się kopiowania i modyfikowania jakiejkolwiek jego części bez zgody Administracji i użytkowników.
Forum jest przystosowane do przeglądarek Firefox, SeaMonkey, Opera, Comodo Dragon. Część emotikon dzięki CookiemagiK. Kod wysuwanego panelu by Luxter.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by XR TEAM for X-MEN RPG FORUM © 2007-2018